Do dna! #1

Cześć!

“Projekty denko” są znane jak Internety długie i szerokie. Pojawiają się chyba na każdym blogu i kanale wideo poświęconym urodzie i kosmetykom. Ja osobiście nie lubię słowa “denko”, przez lata obserwowania różnych stron i tej tematyce mocno mi spowszedniało i obrzydło. Nie uważam też tej idei za projekt sam w sobie – ot, kupuję kosmetyki po to by je zużyć, nie potrzebuję dorabiać do tego projektu. Dlatego moja seria będzie nazywać się “Do dna!” i chcę się w niej podzielić moimi spostrzeżeniami na temat produktów, które wykorzystałam do dna właśnie. Dodatkowo, chcę też zwrócić uwagę nie tylko na sam kosmetyk, ale też na jego opakowanie – jak już wiecie z poprzedniego postu, swoje kosmetyki przechowuję w opakowaniach po innych, wcześniej zużytych. Kto jeszcze nie czytał tego postu, zapraszam TU 🙂 To co? Gotowi? No to jazda!

Opakowania po zużytych kosmetykach odkładam do wiklinowego koszyka, żeby uniknąć bałaganu i mieć wszystko w jednym miejscu.  Wcześniej zazwyczaj je przepłukuję, żeby nie pobrudzić kosza. Po stopniu wypełnienia koszyka widzę, kiedy nadchodzi czas na post 🙂 Żeby ten wpis również nie był bałaganiarski, podzieliłam kosmetyki na kategorie. Dodałam też linki do sklepów (tam, gdzie to oczywiście możliwe).

Kategoria: Pielęgnacja twarzy

Nr 1: Maska do twarzy Yves Rocher Nutritive Vegetal – jest to maseczka odbudowująca z koncentratem z jesionu i olejkiem makadamia. Ma za zadanie odżywić skórę i pobudzić produkcję lipidów. Producent również zapewnia, że dzięki maseczce znika uczucie ściągnięcia a skóra odzyskuje równowagę. Pomyślałam o niej pod koniec zimy, kiedy moja buzia była nieco poszarzała, blada, trochę odwodniona i faktycznie potrzebowała więcej odżywienia. Niestety produkt u mnie kompletnie się nie sprawdził – natychmiast po nałożeniu pojawiało się uczucie mrowienia, później szczypania i skóra kończyła zabieg podrażniona. Miałam do niej kilka podejść, za każdym razem musiałam zmywać maseczkę po 2-3 minutach i łagodzić podrażnienia. Nie polubiłyśmy się, więc więcej do tego produktu nie wrócę, choć generalnie markę Yves Rocher lubię.

Nr 2: Nawilżający peeling do twarzy Yves Rocher Hydra Vegetal – miał to być kosmetyk, który w delikatny sposób usuwałby martwy naskórek. Niestety, dla mnie okazał się być zbyt abrazyjny, bambusowe granulki wcale nie obchodziły się z moją skórą delikatnie, przez co znów kończyłam z podrażnioną i mocno zaczerwienioną skórą. Było to moje podejście do peelingu innego niż enzymatyczny i myślałam, że granulki po prostu nie są dla mnie. Jednak okazało się, że dogaduję się z korundem, ale o tym w innym wpisie 🙂 Plus dla tego peelingu za zapach – delikatny, morski, od razu myślami byłam na wakacjach. Niestety działanie na minus, przynajmniej u mnie, dlatego więcej się nie spotkamy.

Nr 3: Domowy tonik nawilżająco-odżywczy z kolagenem – jak dotychczas był to mój najlepszy tonik własnego autorstwa, więc na pewno będę wracać do tej receptury. Kosmetyk robił dokładnie to, co chciałam żeby robił – dobrze nawilżał, łagodził podrażnienia i fajnie odżywiał. Doskonale nadawał się do wyrównywania pH i przygotowania skóry pod dalsze zabiegi, jak również do odświeżania twarzy w ciągu dnia, gdy nie nosiłam makijażu. Buteleczka w której go trzymałam to oczywiście recykling po jakiejś mgiełce do włosów. O ile atomizer rozpylał mgiełkę idealnie, o tyle tonikiem trochę pluł ale zrzucam to na dodatek żelu hialuronowego i kolagenu, które nieco zagęściły kosmetyk, przez co rozpylanie idealnej mgiełki toniku nie było możliwe. Niemniej, sam kosmetyk, bardzo na plus. Chcecie przepis? 🙂

Nr 4: Odżywczy żel hialuronowy z Biochemii Urody – bardzo dobry produkt, zarówno jako składnik w recepturach, jak i dodatek do gotowych kosmetyków. Wracam do niego od lat i na pewno w tym sezonie znów znajdzie miejsce na mojej półce. Dodawałam go do maseczek i toników, mieszałam z kremami do twarzy i oliwkami do ciała, gdy chciałam uzyskać większe nawilżenie, wcierałam w podrażniony skalp… Naprawdę, kosmetyk godny polecenia i bardzo wszechstronny. Ta wersja, poza trzema rodzajami kwasów, posiada również dodatek kompleksu liposomowego oraz witaminy B3, które wzmacniają nawilżające i chroniące przed utratą wilgoci właściwości produktu.

Nr 5: Krem do twarzy na noc Yves Rocher Riche Creme – kosmetyk kupiłam i używałam z myślą o intensywnej pielęgnacji i regeneracji skóry nocą. Zależało mi szczególnie na tym, by skórę dobrze odżywić i zapewnić jej ochronę przeciwzmarszczkową. Był to już któryś z kolei krem od Yves Rocher, który używałam, bo chyba skóra się przyzwyczaiła do ich kosmetyków i nie widziałam jakichś spektakularnych rezultatów, tak jak przy ich kremach, które stosowałam wcześniej. Z tego względu na razie odpuszczam sobie kremy tej marki, poczekam aż skóra się odzwyczai i za jakiś czas pewnie znów po nie sięgnę.

Nr 6: Domowy balsam do oczyszczania i demakijażu – jest to kosmetyk z przepisu Czarszki. Sama idea takie formuły bardzo do mnie przemawia, bo już wcześniej oczyszczałam skórę własnymi mieszankami olejków, jak również olejkiem myjącym z Biochemii Urody (który, notabene, bardzo polecam osobom początkującym w kręceniu domowych kosmetyków). Metoda ta bardzo dobrze się u mnie sprawdzała, jednak sama nie wpadłam na to by “utwardzić” produkt masłem shea i woskiem pszczelim, by uniknąć marnowania kosmetyku 🙂 Wypróbowałam przepis Czarszki i jestem oczarowana formą. Bardzo dobrze oczyszcza i nie miałam problemu z jego zmyciem. Nie szczypie w oczy i radzi sobie nawet z wodoodpornymi kosmetykami. Nie do końca sprawdza się u mnie olej awokado do oczyszczania twarzy, gdyż moja buzia niezbyt dobrze na niego reaguje, ale opracowałam już swoją wersję, która jest bardziej dopasowana pod potrzeby mojej skóry. Na pewno będę kontynuować używanie, już w zmodyfikowanej opcji. Mój kosmetyk w strukturze przypomina bardziej masełko niż balsam, ale zdaje egzamin śpiewająco i na stałe zagościł już w repertuarze do oczyszczania. Opakowanie jest po masce do włosów i wykonane jest z grubego plastiku, posiada stoper, zapobiegający wylaniu się kosmetyku, więc jest doskonały do przechowywania.

Kategoria: Pielęgnacja ciała

Nr 1: Żele pod prysznic Yves Rocher – to jedne z moich ulubionych kosmetyków do mycia ciała i sięgam po nie od lat. Zapach wybieram w zależności od nastroju, a najbardziej lubię te cytrusowe. Żel bardzo dobrze myje, ale nie wysusza skóry. Zapach jest bardzo przyjemny ale nie jest zbyt intensywny, więc nie przeszkadzał mi nawet w ciąży. Sam produkt jest bardzo wydajny i starcza naprawdę na długo. Żele od Yves Rocher to kosmetyki do których bardzo często wracam, nawet jeśli chwilowo upodobam sobie inne produkty. To taki kosmetyczny pewniak.

Nr 2: Balea BodyFIT Push-Up Serum – ten kosmetyk kupiłam z myślą o pielęgnacji biustu po pierwszej ciąży. Jest bardzo wydajny i dzięki niemu poprawiła się jędrność skóry mojego biustu. Używałam go codziennie po prysznicu i nakładałam nie tylko na piersi, ale też na dekolt. Bardzo przypadła mi do gustu jego żelowa formuła oraz lekko cytrusowy zapach. Dodatkowo kosmetyk wchłania się ekspresowo, więc nie trzeba długo czekać z ubieraniem się. Nie da się też przesadzić z nakładaną ilością, gdyż dozujemy ją pompką i jedna wystarczy w zupełności. Opakowanie jest z grubego plastiku i zamierzam zrobić do niego mały włam, żeby go wymyć i wykorzystać do domowych formulacji 🙂 Balea produkuje jedynie kosmetyki dla drogerii DM, więc te z Was, które mieszkają np. w Niemczech czy Czechach, bądź przy granicy, mają do niego łatwy dostęp. Dla pozostałych pozostaje allegro lub drogerie internetowe.

Nr 3: Peeling do stóp Avon Foot Works – najgorszy peeling do stóp ever! Serio! Nie zrobił z moimi stopami nic. Drobinki były wyczuwalne, ale zbyt delikatne by pomóc usunąć zrogowaciały naskórek. Zużyłam go finalnie do peelingu dłoni i tu sprawdził się bardzo dobrze. Mimo to, miałam wobec niego większe oczekiwania, dlatego nie wrócę do niego na pewno.

Nr 4: Masło do ciała Alverde z masłem karite i olejem makadamia – bardzo fajne masło do ciała. Świetnie odżywia, nawilża i lekko natłuszcza ciało. Pachnie bardzo delikatnie, co sprawia, że jest doskonały dla osób wrażliwych na zapachy. Rewelacyjnie radził sobie z kojeniem mojej bardzo suchej skóry, zwłaszcza po opalaniu, depilacji czy basenie. Jedyny mankament to dosyć długi czas wchłaniania, dlatego korzystałam z niego po wieczornym prysznicu, bądź w dni wolne od pracy, gdy czas o poranku nie był na wagę złota. Tak jak kosmetyki Balea, jest niestety dostępny w sieci drogerii DM, bądź przez internet.

Nr 5: Antyperspirant Garnier Mineral Invisible – antyperspirant, który chroni, ale skóra szybko się do niego przyzwyczaja. Producent obiecuje, że kosmetyk nie zostawia śladów na ubraniach, z czym jednak nie mogę się zgodzić, bo lubił “ozdabiać” moje bluzki i sukienki. Ponadto z czasem zaczął lekko przesuszać i podrażniać moją skórę pod pachami. Mam również zastrzeżenia do składu dlatego nie wrócę do niego ponownie i aktualnie szukam produktu bardziej przyjaznej dla skóry zawartości. Na plus na pewno jest opakowanie – antyperspirant dużo ze mną podróżował i nigdy nie zdarzyło się, żeby się rozlał, nawet po podróży samolotem.

Nr 6: Serum antycellulitowe Yves Rocher Clé Végétale Minceur – niestety nie mogłam znaleźć go w internetowej ofercie Yves Rocher, aby Wam podlinkować (być może nie jest już dostępny). Jest to produkt o leciutkiej i szybko wchłaniającej się konsystencji, który ma pomóc w walce z cellulitem i działać ujędrniająco na skórę. Tego pierwszego nie zauważyłam, natomiast to drugie było odczuwalne dość szybko – skóra stała się bardziej napięta, “zwarta”, gładsza w dotyku. Dodatkowo kosmetyk nie ma działania chłodzącego/rozgrzewającego, czego nie lubię w tego typu kosmetykach, więc oceniam na plus.

Nr 7: Olejek do ciała Alterra z limetką i oliwką – mój ulubiony spośród wszystkich olejków Alterry. Najbardziej lubię go w połączeniu z żelem hialuronowym. Ma bardzo przyjemny, orzeźwiający zapach a skóra po nim jest przez długi czas miękka i miła w dotyku. Plus za opakowanie z pompką, dzięki czemu unikamy marnowania kosmetyku. Niestety, jest średnio wydajny, dlatego kupuję go wyłącznie w promocji.

Kategoria: Pielęgnacja włosów

Nr 1: Balsam przeciw wypadaniu włosów Receptury Babuszki Agafii – po raz kolejny przekonałam się, że kosmetyki od Babuszki Agafii po prostu nie są dla mnie. Balsam zużywałam “na raty”, ponieważ działał tylko przez pierwszy tydzień-dwa stosowania. Potem nie robił z włosami zupełnie nic, łącznie z tym, że nie ułatwiał rozczesywania. Koniec końców zmęczyłam jakoś to ogromne (550 ml) opakowanie bardzo wydajnego kosmetyku i z ulgą mówię mu “do-nie-widzenia”.

Nr 2: Dwufazowa odżywka w spray’u Gliss Kur Million Gloss – to był mój akt desperacji w momencie gdy nic nie działało na moje włosy na samym początku drugiej ciąży. Leciały jak głupie, były sztywne, matowe i nie chciały się układać. W czasach liceum korzystałam z odżywek Gliss Kura i wspominam je całkiem dobrze, stąd pomyślałam, że może chociaż pomogą mi ponownie uporać się z rozczesywaniem i upartym matem. Nic z tego! Rozczesywanie nadal było zmorą a mat jak był tak został. Dobrze, że pierwszy trymestr jest już tylko wspomnieniem… Tak samo jak zawartość tej koszmarnej odżywki… Brrr….

Nr 3: Mgiełka z wyciągiem z bursztynu Jantar – moja kolejna włosowa wtopa. O ile wcierka z Jantara zdziałała u mnie (i nie tylko, ale o tym za chwilę) cuda, o tyle ten produkt nie robił kompletnie nic. Stan włosów nie uległ poprawie ani, na szczęście, pogorszeniu. Skończyłam i więcej nie kupię.

Nr 4: Jedwab do włosów Green Pharmacy – nareszcie jakiś pozytyw tego zestawienia! 🙂 Bardzo wydajny kosmetyk, który całkiem nieźle zabezpieczał końcówki moich włosów i ułatwiał ich rozczesywanie. Sprawiał też, że włosy były bardziej miękkie w dotyku i nie były aż tak matowe. Plus za wygodne w użytkowaniu opakowanie, atrakcyjną cenę i za to, że włosy nie były przyklapnięte i obciążone. Na chwilę obecną chyba dogadałam się z moją czupryną (choć jest szansa, że to po prostu hormony i obecny trymestr poprawiły ich stan), więc nie będę kupować nowego opakowania.

Nr 5: Serum na przesuszone końcówki Avon Advance Techniques – szumnie nazwane serum to po prostu kolejny jedwab. O ile ten z Green Pharmacy miał lekką konsystencję i nie obciążał włosów, o tyle ten nadrabiał z nawiązką. Nawet minimalna ilość potrafiła mocno dociążyć moje włosy tak, że wyglądały na przyklapnięte, a w skrajnych przypadkach nieumyte (choć świeżo po prysznicu). Konsystencja produktu była bardzo gęsta, kosmetyk ciężko się rozprowadzał, więc na pewno nie zagości ponownie w mojej łazience.

Nr 6: Szampon nadający blask Alterra – naprawdę dobry szampon! Włosy po jego użyciu były dobrze umyte, ale nie wysuszone na wiór, a do tego bardziej miękkie i błyszczące. Po prostu wyglądały zdrowiej. No i skóra głowy też nie narzekała. Na pewno będę wracać do tego produktu nie raz.

Nr 7: Odżywka-wcierka do skóry głowy Jantar – hA! Zaskoczyłam Was? Opakowanie Pantene a tu psikus 🙂 Opakowanie rzeczywiście jest po innej odżywce do skóry głowy, ale tak dobrze się u mnie sprawdziło, że po zużyciu produktu Pantene, wymyłam buteleczkę i przelałam do niej wcierkę z Jantara. Internety podają, że to bardzo kontrowersyjny kosmetyk. U jednych powoduje swędzenie skóry głowy i przetłuszczenie włosów, u innych jest wybawieniem przy wypadaniu graniczącym niemal z łysieniem. Cóż, ja jestem w tej drugiej grupie i nie mogę złego słowa powiedzieć na ten kosmetyk. Uratował moje włosy po pierwszej ciąży, gdy wyłaziły garściami. Poleciłam je paru osobom borykającym się z wypadaniem po narkozie – wszystkie również go wychwalają. Ja jestem z niego bardzo zadowolona, polecam go dalej i jeśli kiedyś znów włosy zaczną mi się “sypać” (tu odpukuję w niemalowane), to będzie pierwszy produkt po który sięgnę.

Kategoria: Pielęgnacja / mydła

Nr 1: Mydło w płynie Apart Natural – tu będzie krótko: dobre mydło w bardzo dobrej cenie, przyjemny ale nie duszący zapach. Kosmetyk bardzo wydajny i łagodny dla skóry. Jeśli nie mam pod ręką żadnych bardziej naturalnych alternatyw (patrz Yope) lub najulubieńszych mydeł z Balea, to sięgam po niego.

Nr 2: Mydło w płynie figowe Yope – jedno z najlepszych mydeł jakie gościło w mojej łazience. Bardzo dobry skład, delikatny zapach. Do tego skóra zadowolona z łagodnego traktowania. Przyjemność również dla oka, gdyż na umywalce ta butelka prezentuje się po prostu bardzo dobrze. To na pewno nie ostatni produkt tej marki w moim domu 🙂

Kategoria: Makeup / inne

Nr 1: Podkład P2 Nearly Nude w kolorze 020 – miałam spore oczekiwania wobec tego kosmetyku, gdyż naczytałam się wielu pochlebnych opinii na jego temat w internecie. Niestety u mnie się nie sprawdził. Bardzo szybko znikał z twarzy w strefie T a na policzkach często tworzył ciasto. Próbowałam różnych metod aplikacji, utrwalałam go różnymi pudrami – niestety nic z tego – za każdym razem ten sam finał. Do tego fatalnie się aplikował, tworzył mi smugi, nie chciał się dobrze rozprowadzać. Dawał radę wyłącznie zmieszany z podkładami innych marek i w taki sposób w końcu go zużyłam. Wpada do kategorii “do-nie-widzenia”.

Nr 2: Podkład L’Oreal True Match – moim zdaniem to całkiem niezły podkład. Nie jest to może mój ideał, ale pod kątem codziennego użytkowania zdał egzamin. Owszem, wymagał poprawki w ciągu dnia, ale niewielkiej. Wybór odcieni jest spory i nawet taka bladolica jak ja spokojnie znalazła “swój” kolor. Podkład dobrze się rozprowadza, ma dobre krycie, ładnie stapia się ze skórą i nie ciemnieje z biegiem czasu. Dodatkowo ładnie współpracuje z różnymi pudrami jak i w mixach z innymi podkładami. Plus za szklane opakowanie z pompką.

Nr 3: Podkład Catrice Photo Finish – co tu dużo mówić, nie dogadałam się z tym produktem. Łatwo można było zrobić sobie nim maskę, był ciężki i mocno wyczuwalny na buzi, nawet po dłuższej chwili. Miałam wrażenie, że moja skóra pod nim po prostu się dusi. Poza tym odbijał się na wszystkim czego dotknął – w efekcie chyba każda moja bluzka i koszula miała z nim styczność. Znam wiele podkładów, które dają mocne krycie bez efektu maski i dyskomfortu na twarzy, więc ten kosmetyk również wpada do kategorii “do-nie-widzenia”.

Nr 4: Rozświetlacz Lovely Gold Highlighter – jak do tej pory mój ulubiony rozświetlacz. Niesamowicie wydajny! Nadaje skórze ładny złotawy blask i pozwala budować intensywność – od delikatnego blasku zdrowej skóry, w sam raz do pracy, po mocny błysk idealny na imprezę czy wesele. Ponadto łatwo i ładnie się rozciera, nie osypuje i świetnie łączy się z innymi produktami. No i cena-marzenie! Dla mnie to produkt wielozadaniowy – stosowałam go klasycznie na szczyty kości policzkowych, nos, czy “łuk Kupidyna” (bleh, nie lubię tej nazwy), ale także by rozświetlić wewnętrzny kącik i łuk brwiowy, czy w roli samodzielnego cienia, gdy makijaż nie mógł przekroczyć 5 minut (czytaj: zaspałam). Kolejny egzemplarz już mieszka w szufladzie toaletki 🙂

Nr 5: Woda toaletowa Yves Rocher Flowerparty – doskonały zapach na lato! W czasach studenckich to był mój tzw. “signature scent” i uwielbiałam go. Do dziś mam do niego sentyment, ale sięgam po niego właśnie w miesiącach letnich. Jest to przyjemny, świeży, lekki i kwiatowy zapach, który na mojej skórze utrzymuje się wyjątkowo długo. Mam z nim bardzo dobre skojarzenia i błyskawicznie przywołuje uśmiech na mojej twarzy 🙂

Nr 6: Korektor Essence Stay All Day Concealer – naprawdę dobry korektor! Doskonała trwałość, łatwe rozprowadzanie i szybkie stapianie się ze skórą, bardzo dobry odcień i krycie. Dawał radę zarówno pod oczami jak i na wszelkich zaczerwienieniach i wypryskach. Czasami lubił zebrać się w załamaniach skóry, ale zdarzało się to bardzo rzadko i zakładam, że wynikało raczej z tego, że po prostu dałam go ciut za dużo. Do tego kosmetyk jest w bardzo atrakcyjnej cenie.

Nr 7: Korektor Max Factor Mastertouch – świetny korektor pod oczy. Na wypryski nie da rady, ale z cieniami po zarwanej nocce potrafi zdziałać cuda. Pięknie rozświetla, ma bardzo leciutką konsystencję i jest trwały. Minus za brak wydajności – bardzo szybko go zużyłam, ale zauważyłam, że przy tego typu opakowaniach (wykręcana końcówka dozuje ilość produktu) zdarza mi się to bardzo często. Wolałabym mieć go nieco więcej w klasycznym opakowaniu, wtedy byłoby idealnie!

Nr 8: Serum do rzęs Eveline Total Action 8w1 – nazwałabym ten produkt raczej białą bazą pod tusz, bo w takiej roli sprawdzał się całkiem nieźle. Jako biała baza sprawiał, że po pomalowaniu tuszem rzęsy wydawały się trochę grubsze i gęstsze. Ale uwaga – nie szedł w parze z każdym tuszem, którego używałam! Jako serum do rzęs nie sprawdził się wcale, lepiej działa choćby pomadka z Alterry nakładana na noc. A że generalnie bazy pod tusz nie potrzebuję to temu produktowi mówię bez żalu “do-nie-widzenia”.

Nr 9: Tusz do rzęs Avon BIG Multiplied – jedyny kosmetyk Avonu w tym zestawieniu, z którego jestem zadowolona. Tusz ładnie pogrubiał i rozdzielał rzęsy. Wydawały się też one gęstsze niż w rzeczywistości. Ponadto, ładnie trzymał podkręcenie, nie osypywał mi się na policzki i nie robił pandy. Szczoteczka jest klasyczna, ze sztucznego włosia, i taką właśnie lubię najbardziej. Konsystencja tuszu również była bez zarzutu, nie za rzadka, nie za gęsta. To chyba najlepszy tusz Avonu z jakim miałam styczność do tej pory.

Uff!… Kto dotrwał do końca? 🙂 To chyba największe denko, jakie w ogóle powstanie na stronie, ale też opakowania zbierałam od kilku miesięcy. Kolejne przygotuję zanim z koszyka zacznie się wszystko wysypywać 😉 Mam nadzieję, że wpis, pomimo swojej długości, będzie dla Was przydatny. Dajcie znać w komentarzu co zużyliście w ostatnich tygodniach i czy byliście zadowoleni z produktu – chętnie poczytam!

Serdeczości!

 

5 mitów naturalnej pielęgnacji

Cześć!

Bardzo często w rozmowie z bliskimi i znajomymi spotykam się ze stwierdzeniem, że “dzisiejsza żywność jest pełna chemii”, albo “tego nie kupuję/nie jem bo jest mocno przetworzone/zawiera dużo E-…”. No i świetnie! Podoba mi się, że coraz więcej osób ma świadomość tego jaki wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie ma to, co jest na naszych talerzach. Naprawdę, oba kciuki w górę! Niestety nie zawsze idzie to w parze z zawartością szafki z chemią gospodarczą i galerią kosmetyków na półkach w łazience – bardzo często są to produkty z popularnych reklam, topowych marek drogeryjnych, wybrane ze względu na atrakcyjny kształt czy zapach. Oddziaływanie na skórę ma drugorzędnie znaczenie.

Sama nie kryję się z tym, że staram się by moja kosmetyczka była z miesiąca na miesiąc coraz bardziej naturalna i coraz więcej produktów robię sobie sama. Coraz częściej też świadomie sięgam po chemię gospodarczą, która jest eko – łagodna nie tylko dla mnie jako użytkownika, ale też dla środowiska. Są więc produkty na bazie octu, czy sody oczyszczonej, produkty biodegradowalne etc. Reakcje są różne – od przysłowiowego przybicia “piątki”, przez zdziwienie, zaskoczenie, aż po “fajnie, też bym chciał(a), ale…”. I właśnie z tymi najczęstszymi “ale” chciałabym się dziś zmierzyć i je obalić 🙂

Chętnie kupował(a)bym kosmetyki naturalne, ale są drogie…

Najczęściej słyszę to od osób, które po prostu nie zrobiły nawet rozeznania rynku, lub widziały 2-3 produkty naturalne i pech chciał, że były to te z wyższej półki. Owszem, zgadza się, są dostępne kosmetyki, których cena przyprawia o zawrót głowy a przed oczami ma się wizję głodówki przez resztę miesiąca po takich zakupach. Tymczasem równie łatwo można zdobyć produkty, które mają prosty ale skuteczny skład, są pozbawione sztucznych wypełniaczy, konserwantów i innych niepożądanych dodatków i są prawdziwym wsparciem dla naszej skóry, jednocześnie nie przeprowadzając zamachu stanu na nasz portfel 🙂 Wystarczy odwiedzić kilka drogerii internetowych, oferujących w swojej gamie produktów kosmetyki naturalne, by się przekonać, że każdy znajdzie coś dla siebie. O polecanych sklepach będzie też kilka słów poniżej 🙂 Jeśli zaś chodzi o marki, które są eko, mają dobre składy i nie zabijają ceną to polecam Cos Nature, Vianek, Sylveco, Coslys, So Bio Etic… mogłabym tak bez końca 🙂

Chętnie kupował(a)bym kosmetyki naturalne, ale są ciężko dostępne…

Czasy, kiedy kosmetyki naturalne były niedostępne na rynku, lub trzeba było robić je samemu minęły bezpowrotnie, a internetowe sklepy z przyjaznym skórze asortymentem rosną jak grzyby po deszczu. Ja bardzo lubię robić zakupy w drogerii Lavande, Bioekodrogerii, matique.pl czy bioeco.pl. I nie, nie zapłacili mi za to, ze to napisałam, po prostu są to miejsca w sieci, które serdecznie polecam na tego typu zakupy 🙂 Coraz częściej też można spotkać dobre i niedrogie produkty stacjonarnie – od jakiegoś czasu Rossmann poszerza swoją półkę z kosmetykami naturalnymi o nowe marki. Nie są jednak jeszcze dostępne w każdym sklepie tej sieci. Jeśli potrzebuję czegoś pilnie, wybieram się do Hebe lub drogerii Natura, gdzie produkty naturalne są dostępne już od dłuższego czasu. Polecam też wybrać się do lokalnego sklepu ze zdrową żywnością – większość ich właścicieli też już poczuła trend na eko kosmetyki i wprowadziła je do swojej oferty – można się naprawdę pozytywnie zaskoczyć 🙂 W Krakowie uwielbiam drogerię Pigment, w której mogłabym spędzać długie godziny na przebieraniu w słoiczkach, buteleczkach i czytaniu etykietek (czy to już fetysz?) 🙂 Na szczęście Pigment uruchomił także sprzedaż internetową, więc dla tych, którzy do Krakowa mają nie po drodze będzie to znaczne ułatwienie.

Chętnie robił(a)bym kosmetyki naturalne sam(a), ale jest to za trudne…

Ten argument miał rację bytu jeszcze 8-10 lat temu, kiedy ciężko było o łatwy dostęp do surowców, jeszcze ciężej o dostęp do wiedzy a ktoś kto przygotowywał kosmetyki w domowym zaciszu jawił się niczym indiański szaman. Obecnie w sklepach z półproduktami można przebierać jak w ulęgałkach i to one muszą starać się o klienta np. ogłaszając rożne promocje, a potężny zasób wiedzy jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy odpalić kanały tematyczne na YouTube albo odwiedzić blogi lub grupy na Facebooku o tej tematyce. Całkiem zieloni w temacie własnych kosmetyków mogą również sięgnąć po gotowe zestawy do przygotowania w domu, gdzie wszystko jest już odmierzone i odważone, wystarczy wymieszać półprodukty zgodnie z instrukcją. Bogatą ofertę takich zestawów ma np. Biochemia Urody, od której wiele lat temu sama zaczynałam przygodę z kosmetycznym “kręceniem” 🙂

Chętnie robił(a)bym kosmetyki naturalne sam(a), ale nie mam odpowiednich narzędzi…

Po pierwsze – nie trzeba mieć nie wiadomo jakiego laboratorium w domu, żeby móc ukręcić sobie krem czy wymieszać tonik, naprawdę! Na początek spokojnie wystarczy posprzątany blat w kuchni i parę kuchennych przyborów, które uprzednio wyparzymy i wysterylizujemy przecierając spirytusem. Pierwszy krem spokojnie możecie wymieszać nawet widelcem. Ok, będzie to nieco czasochłonne ale da się, a nakłady finansowe są żadne (zakładam, że widelec macie na stanie). Jeśli macie taki najprostszy ubijacz do mleka na baterie, to wystarczy, że zdejmiecie z niego sprężynkę i kremy czy balsamy ukręcicie w kilka chwil. Jeśli nie macie – koszt takiego ubijacza to około 10 PLN. Na początek nie potrzeba też żadnych specjalnych laboratoryjnych pojemników, wystarczy to co macie w kuchni – małe ceramiczne miseczki czy salaterki, może być filiżanka, szklanka… Jedna jest tylko zasada – wszystko musi być sterylnie czyste! Dlatego wrzątek i spirytus będą Waszymi sprzymierzeńcami, bo nie chcecie chyba by w Waszych kosmetykach zagościł grzybek 🙂 Do odmierzania odpowiednich ilości półproduktów wystarczą kuchenne łyżki – standardowo łyżeczka do herbaty to 5 ml a łyżka do zupy to 15 ml. Mniejsze jednostki z łatwością odmierzycie czystą strzykawką (w aptece za grosze). Jeśli już wkręcicie się w robienie swoich produktów (a ostrzegam, jest to uzależniające!) polecam Wam miarki spożywcze (w IKEI za ok. 5 PLN dostaniecie 5 sztuk w różnych rozmiarach). Do prostych przepisów wystarczy Wam też zwykła waga kuchenna. Jeśli połkniecie bakcyla, polecam zakup wagi jubilerskiej, ale spokojnie, to nie jest duży koszt – ja swoją kupiłam za 30 PLN na Allegro. Ważne, aby waga pokazywała wyniki do 2 miejsc po przecinku – w przygotowaniu bardziej skomplikowanych kosmetyków jest to istotne. Do przechowywania gotowych produktów możecie spokojnie wykorzystać opakowania po już zużytych kremach czy balsamach. Wystarczy porządnie je wymyć, wyparzyć, odkazić i gotowe! A do tego dobre dla środowiska 🙂 Ja sama nie kupiłam do tej pory żadnego opakowania, a własne kosmetyki “kręcę” od 7 lat – wszystkie pochodzą z recyklingu – mojego własnego lub od znajomych i rodziny. Rozpuśćcie wici, że potrzeba Wam takich opakowań, będziecie zaskoczeni odzewem 🙂 Jeśli chodzi o mnie, sama nie posiadam żadnego specjalistycznego sprzętu laboratoryjnego, a przygotowuję kosmetyki już nie tylko dla siebie ale też dla bliskich. Korzystam z wszystkich wymienionych wyżej pomocy, jedynie dokupiłam 2 zlewki ze szkła laboratoryjnego (po ok. 7 PLN każda) i paski do sprawdzania pH (ok. 20 PLN za opakowanie 100 sztuk). I bardzo mi z tym dobrze 🙂

Chętnie robił(a)bym kosmetyki naturalne sam(a), ale jest to za drogie…

Mit o “drogich” sprzętach do przygotowania domowych kosmetyków obaliłam powyżej. Jeśli zaś chodzi o półprodukty i surowce to uważam, że w dobie tak wielu różnych sklepów z tego typu asortymentem naprawdę nie ma się czego obawiać. Wiele z nich oferuje regularne promocje i obniżki cen. Dodatkowo, przy zakupach powyżej 50/100 PLN przesyłkę macie za darmo, a taka kwota wystarczy na pierwsze zamówienie. No i nie musicie wszystkiego kupować od razu! Na początek wystarczy kilka olejów i maseł tzw. bazowych (np. masło shea, olej jojoba, olej kokosowy, olej ze słodkich migdałów, masło kakaowe), 1-2 oleje “funkcyjne” (np. olej śliwkowy – dla skóry suchej i dojrzałej, świetny do pielęgnacji przeciwzmarszczkowej, olej z kocanki – idealny dla skóry mieszanej i tłustej, z wypryskami i trądzikiem, czy też olej rokitnikowy, który wspomoże gojenie się blizn i ran oraz pomoże przy rozstępach). Z dodatków polecam np. żel aloesowy, czy kwas hialuronowy. Możecie też pokusić się o wybrany ekstrakt na Wasz problem skórny. Jeśli chcecie robić toniki to wyposażcie się w wodę demineralizowaną (taką jak do żelazek) i dla chętnych, w wybrany hydrolat (wodę z kwiatu danej rośliny) lub susz z wybranego zioła do przygotowania naparu. To wszystko spokojnie Wam wystarczy na początek, a z takiego zestawu skomponujecie wiele kosmetyków. Powyższe surowce traktujcie proszę jako przykład. Poświęćcie troszkę czasu aby rozeznać się, które składniki będą dla Waszej skóry najlepsze, upewnijcie się, że nie jesteście na nie uczuleni (np. na aloes czy kakao) i do dzieła! 🙂

No to jak? Namówiłam Was? 🙂 Jeśli udało mi się tym wpisem przekonać choć jedną osobę do wypróbowania kosmetyku naturalnego lub dodałam odwagi komuś, kto obawiał się przygotowania kosmetyków samodzielnie, będzie to mój duży sukces i mam nadzieję, że da mi o tym znać. Skóra na pewno się odwdzięczy.

Z jakimi mitami Wy się spotykacie? Dajcie znać w komentarzach! Tymczasem, ja uciekam kręcić tonik 🙂

Serdeczności!

Jelloł!

 

Cześć!

Witajcie w moim kobiecym kawałku Internetu! 🙂

Chcę stworzyć tu przyjazne miejsce, gdzie będę się z Wami dzielić głównie moją pasją – kosmetyką naturalną. Czego możecie się spodziewać? Przede wszystkim recenzji i opinii na temat produktów, z którymi miałam styczność.Forma bardzo różna, od dedykowanych wpisów, po denka czy posty zakupowe. Pojawią się także przepisy na kosmetyki, które można wykonać samodzielnie w domu, bez zaawansowanej wiedzy tajemniej i rozbudowanego laboratorium 🙂 Będą także wpisy z kategorii “random”, bo moje życie to nie tylko kosmetyki i chciałabym ograniczać się tylko do tego. Będzie więc trochę o podróżach, o fajnych miejscach wartych zobaczenia, o jedzeniu (yum!) oraz blaskach i cieniach rodzicielstwa, bo to największy kawałek mojego obecnego życia.

Przycupnij, rozgość się, poczuj się jak u siebie.

Serdeczności!